Skip to content

Odmiennych mową, wiarą, obyczajem...

Popularity · Low

Listen

YouTube

0:00 / 0:00
Loading YouTube player...
Lyrics offset
Synced

Lyrics

Odmiennych mową, wiarą, obyczajem Na jednej drodze złączyły rozstaje. W świetle tych gwiazd, co wędrowcom się jarzą, Mogliśmy własnym przyglądać się twarzom. Patrzeć na stopy, dłonie i kostury, I dusze w workach z żywej, ludzkiej skóry. Przy nocnych ogniach odpoczywał pochód - Tam poznawaliśmy siebie po trochu. Dziwny to widok był w błyskach płomieni - Tacy niepełni, tacy zniekształceni: Rysy słabości w grymasach siłaczy, Maski uciechy na skurczach rozpaczy. W źrenicach czujność od zmierzchu do świtu, Na podorędziu broń kłamstwa i sprytu. Do tego sznury, sztylety i pałki, Lękliwe groźby, naiwne przechwałki. Krew, któż wie czyja, przyschnięta do dłoni, Nogi ucieczce skłonne i pogoni. Dusze, jak zbite psy na wątłej smyczy, Wywar wściekłości, krzywdy i goryczy. Ale wraz z brzaskiem dalej szliśmy razem, Niewysłowionym budzeni nakazem. Silniejsi nawet słabszych podpierali, By wszyscy doszli, gdzie dojść zamierzali. Długo to trwało i zwątpiło wielu, Aleśmy wreszcie dotarli do celu. Czekał nas widok najzwyklejszy w świecie: Stajenka, żłobek, ojciec, matka, dziecię. Cud w tym był tylko, że na widok onych - Każdy się poczuł - niedoczłowieczony, W tym, że odchodził przejęty tęsknotą. I tylko o to chodziło. Tylko o to.